Żukowska 5, Bieg Szpęgawski 5 (relacja)

Kiedy zaczynałem swoją przygodę z bieganiem, potrafiłem biegać zawody dzień po dniu. Po prostu chciałem być wszędzie, gdzie się da poczuć tę adrenalinę, a zarazem spotkać się z fajnymi ludźmi. Teraz większość startów jest przemyślana i raczej jak się trafi taki weekend biegowy to tylko wypadek. Tak i było tym razem. Jako że jestem zapisany, na cały cykl Kaszuby Biegają, nie chciałem z tego startu zrezygnować. Cel to powalczyć o fajne miejsce. Tak też było, ale o tym zaraz. Kto raz był na Kaszubach, wie, że to fajne imprezy, wspaniali ludzie, świetna organizacja i piękne malownicze tereny. Tak i też było tym razem. Jak w tytule razem z żoną wybraliśmy się do Żukowa na 5 km otwierający bieg na Kaszubach. Poranne śniadanie połączone z kawą, pakowanie i ruszamy w trasę, na start mamy jakieś 30 min drogi, może mniej. W aucie ulubiona muzyka ze Spotify i można myśleć o zawodach. W środku radość, że spotkam wszystkich biegowych pozytywnie zakręconych ludzi jak ja, a zarazem byłem myślami przy wyniku. W głowie, jaki czas wykręcę, które miejsce zajmę? I czy w końcu będzie ta golonka? Pogoda tego dnia nie należała do najlepszych. Bardzo zimno i mocno wiało, było pewne, że na Żukowskich górkach nie będzie łatwo. Gdy docieramy na miejsce, widzimy balon z napisem meta, jest ogromna radość, że znów tu jestem i pokonam te piekielne górki. W tym roku miała być zmieniona trasa, ale jak się później okazało, wróciliśmy do starej trasy. No cóż, na nowe przyjdzie nam poczekać. Oby nie za późno. Odbieramy z żoną numery, chipy i rozmawiamy z wszystkimi do koła. Można powiedzieć, że znamy każdego biegacza na Kaszubach. Było bardzo zimno, więc jak najdłużej jak się da, byłem w kurtce. Żona tak samo. Po odłożeniu rzeczy do auta przeprowadzam krótką rozgrzewkę. Raczej jestem z tych ludzi, co lubią ciepło, ale też znam siebie i wiem, że jak się biegnie, to lepiej jest, jak jest chłodno. Rękawiczki, buffa, długie spodnie to mój strój startowy, na ten bieg. Po chwili ustawiam się na starcie. Krótkie odliczanie i ruszamy na trzy pętle o długości 1,6 km.

Jak znacie mnie, to wiecie, że moją mocną stroną są zbiegi, tak było i tym razem. Początek to długi zbieg, więc zaryzykowałem i wyszedłem na krótkie prowadzenie. Głupi ja, co sobie myślałem, że wygram? Czy co? Biegnę dalej i mija pierwszy kilometr, cyk zegarek pokazuje 3:16. Szybkie ustawienie do pionu, bo przecież zaraz będzie górka, tempo już wolniejsze, by nie zajechać się na pierwszym okrążeniu. Międzyczasie mija mnie trzech biegaczy. Wtedy zrozumiałem swój błąd, początek za szybko, za bardzo chciałem. Drugi kilometr to 3:55, wszystko związane z podbiegiem. W głowie nastała myśl ilu biegaczy mnie jeszcze minie? Jak się okazało, był to jeden zawodnik, przez jakiś czas byłem za jego plecami z około 50 m, ale później mi uciekł. Kolejne okrążenie i znów z górki, nadrabiam sekundy, które straciłem na podbiegu, ale wiem, że zaraz będzie w górę. Piekielna trasa. Na dystansie 5 kilometrów mamy 3 podbiegi ,a na dystansie 10 km 6. Dobrze, że to tylko 5 km, bo podbiegi nie są moją mocną stroną, zawsze sporo tracę. Cały czas w głowie mam, że za plecami jest ktoś blisko. Trzeci kilometr i czas 4:04, a więc w tempie maratonu. Strasznie wolno jak na tak krótki dystans, ale nie ma co się dziwić płacę za szaleństwo. Dalej delikatnie z górki, bardziej płasko i znów w dół, zegarek pokazał 3:40, jak zróżnicowane tempo było tego dnia. Teraz w głowie pozostała myśl, by utrzymać wysokie miejsce i nie odpaść na ostatnim podbiegu. Walka trwa, mijam wolniejszych biegaczy, nawet nie wiem, kiedy i czy w ogóle minąłem moją żonę. Nie zauważyłem jej. Mijam podbieg, lekko w dół i pozostała agrafka, czyli finisz wokół boiska. Lekko zmęczony staram się przyspieszyć. Niestety na wiele się to nie zdaje. Zegarek pokazał 4:12, a więc najwolniejszy kilometr. Jeszcze kilka metrów i meta, ale zaraz jak mam ją przekroczyć? Jak tam pełno dzieci z biegów młodzieżowych. Zwalniam, by nie zrobić sobie krzywdy i młodzieży. Jak można puścić dzieciaki, kiedy my biegamy , to nie tak powinna wyglądać organizacja. Zatrzymuję zegarek, 19:28 to czas, w jakim pokonałem dystans 5 km. Mogło być lepiej, ale... Jestem zadowolony, bo przecież dobiegam na piątym miejscu open. Czy tego chciałem? Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Mam nadzieję, że w kolejnych startach będzie lepiej, już za rogiem niedziela i start na atestowanej trasie. Będzie walka o złamanie 18 min, jakoś nigdy wcześniej nie udało mi się pokonać 5 kilometrów tak szybko, a może nie było okazji. Czas to sprawdzić. Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa po biegu w Żukowie. O organizacji biegu się nie wypowiem, było sporo błędów, ale kto nie robi nic , ten się nie myli. Trzymam kciuki za organizatorów, by więcej nie popełniali takich błędów.



Teraz czas na niedzielę. Razem z żoną wybraliśmy się do Starogardu na bieg Szpęgawski 5 km. Jako że trasa ma atest, chciałem powalczyć o fajny czas, a zarazem uporać się z granicą 18 min. Stara życiówka była z 2019 r., wynosiła 18:07, a więc pokryła się kurzem. Czas to zmienić. Plan na bieg był prosty, jako że jestem w gazie, przygotowania do maratonu idą dobrze, to mogło się udać. Był tylko mały haczyk, pogoda. Było bardzo zimno i wiał wiatr, na szczęście nie tak, jak dzień wcześniej. Trochę się tego obawiałem, że głowa nie da rady, trasa będzie dłuższa, a może wiatr mnie zatrzyma. Zawsze coś. Dzień wcześniej zaliczyliśmy start na Kaszubach, mogłem być zmęczony, ale tego dnia czułem się dobrze. Do Starogardu poprowadziła nas autostrada, całkiem szybko i sprawnie. Jesteśmy na miejscu na tyle szybko, by znaleźć miejsce parkingowe jak najbliżej mety. Wchodząc do biura zawodów, nie spodziewałem się, iż zobaczę tylu uczestników, a może dawno nie biegłem w tak dużej imprezie. Na listach startowych coś koło 500-600 osób w tym my. Po sam pakiet staliśmy kilka chwil, ale poszło sprawnie. Naprawdę nie liczyłem, że będzie coś w pakiecie, bo sam udział kosztował zaledwie 25 zł. Wiem, jak wszystko idzie w górę, także ceny za start. Tu wielkie zaskoczenie. W torbie 2 batony, woda, buff i oczywiście numer startowy z chipem. Fajna sprawa, nic nie dynda przy nodze, pełen komfort. Międzyczasie spotykamy naszą biegową rodzinę, a także Karolinę i Dawida, których nie widzieliśmy od ponad roku. Atmosfera świetna, tylko brakowało mi większej integracji z uczestnikami, ale nie można mieć wszystkiego. Po odebraniu pakietu przebrałem się w strój startowy i ruszyłem z ekipą do autokaru, który miał nas zawieźć na start.

Jak zawsze humory nam dopisywały. Na starcie jesteśmy przed czasem, była chwila, by porozmawiać z innymi uczestnikami, o biegu trasie, a także miałem okazje zrobić rozgrzewkę. Nie była dość długa, ale za to dynamiczna. Na koniec toaleta i spokojnie można było się ustawić w strefie startowej, do której trzeba było dobiec około 500 m. Czułem się dobrze, rozgrzewka pomogła, więc była nadzieja na dobry wynik. Przed startem ustawiam zegarek na wirtualnego zająca, to ma mi pomóc w osiągnięciu wyniku. Szybkie odliczanie i ruszam w trasę. W głowie miałem jedno, by nie zacząć za szybko, bo wiem, że skończy się to źle. Na szczęście przez pierwszy kilometr zostałem przyblokowany przez innych biegaczy, to pomogło mi zachować siły na resztę dystansu. Uważam, że to był klucz do sukcesu. Kilometr wyszedł ciut szybciej niż zakładane tempo 3:33, można powiedzieć ,że zgodnie z planem. Zaskakująco dobrze się czułem, nie było ciężkiego oddechu, nie łapała mnie nie kolka, ani nie miałem ochoty lecieć w krzaki.

Było git, chociaż zegarek złapał lapa kilka metrów za chorągiewką. Już wtedy wiedziałem, że dystans wyjdzie dłuższy na zegarku. To nie przeszkadzało mi, by walczyć. Drugi kilometr postanowiłem, że trochę przyspieszę, wyszło fajnie 3:26, była moc, noga kręciła jak nigdy, nawet tętno nie było zabójcze. Pofałdowana trasa też pomagała, a tu zaraz trzeci kilometr. Można powiedzieć, to co straciłem na początku, odrabiałem teraz. Ten kilometr to znów lekkie przyspieszenie i czas 3:24 z odcinka.

Byłem zadowolony, wirtualny pacemaker pokazywał, że mam spory zapas, ale wiedziałem, że trasa na zegarku pokaże więcej, a do tego czeka mnie podbieg. Który jest największy na trasie. Jak się okazało, tak było, do tego jeszcze ostry zakręt zmiana asfaltu na kostkę brukową nie ułatwiała i tempo spadło. Ten odcinek to 3:37, jak się później okazało najwolniejsza część mojego wyścigu. Po górce widać już grupki kibiców, w oddali widać metę, słychać głos spikera. To mnie motywuję do przyspieszenia, Jeszcze kilkanaście metrów i finisz, ale najpierw trzeba zrobić pętle wokół stadionu i wbiec na tartan, zostało tak niewiele, zegarek pokazuję ostatni kilometr w 3:30. Do mety niecałe 100 m, ostatni zryw, przyspieszenie i jestem na mecie. Zatrzymuję zegarek i mam to!

Wynik 17:49, a po czasie dostaje SMS-a. Twój czas to 17:44, zająłeś 41 miejsce open i 13 miejsce w kategorii M 30-39. Byłem szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy tego dnia. W końcu pokonałem dystans pięciu kilometrów poniżej 18 minut. Możecie mi wierzyć, lub nie, nigdy wcześniej tego nie dokonałem. To uświadamia mi, że o start w maratonie mogę być spokojny. Chociaż trasa nie należy do najszybszych, pogoda może spłatać figla i ten tunel, na który wszyscy narzekają. Co mi pozostało? Tylko walka. Będzie dobrze. Jak wiecie, nie tylko ja byłem szczęśliwy tego dnia. Ewa też uzyskała wspaniały wynik, a co za tym idzie Jej najlepszy czas na dystansie 5 kilometrów, który wynosi 25:22. Brak mi słów, szok, jak widzę jaki progres robi żona. Teraz pozostało na spokojnie czekać na start w maratonie. Do zobaczenia w weekend. Trzymajcie kciuki.



83 wyświetlenia

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Maraton już prawie za rogiem, w tym tygodniu jeszcze nieco mocniej, ale zaraz będę luzował. Poniedziałek: Za wiele się nie wydarzyło po prostu pierwszy zakres,15 km, chociaż tempo było wolniejsze niż