Bieg niepodległości w Gdyni

Każdy kiedyś zaliczył wpadkę przed zawodami, u mnie zdarzyła się ona właśnie tego dnia, a dokładnie 11 listopada. Na godzinę przed biegiem okazało się, że nie mam spodenek do biegania, nastała panika, szybki post na FB, dzwonienie po znajomych, aż w końcu udało się ogarnąć spodenki. To nic, iż były trochę za duże, ale były i to się liczy. Dziękuje Krzysztofowi Czerwińskiemu za użyczenie biegowej garderoby, uratowałeś mi tyłek, a miałem już pobiec w dresowych spodniach. Krzysztof jesteś gość, życzę ci sukcesów w dalszej drodze. Tego się nie da opisać, co zrobiłeś, oby więcej takich ludzi.






Przed startem kilka motywacyjnych słów, fotek i rozgrzewka. Sama rozgrzewka trwała dość długo, gdyż strasznie wiało i nie było najcieplej. Zegarek już ustawiłem dzień wcześniej, plan był prosty zacząć 3:50 i skończyć 3:32. jak wiadomo, to tylko plan i nie zawsze to wszystko wyjdzie. Wystrzał z syfonu i lecę, tak jak zakładałem ostrożnie i głową, pierwszy kilometr to 3:43, chociaż to i tak nie było, to co zakładałem przed startem, a to dlatego, że zegarek zgłupiał. Pokazywał mi inne tempo.



Dziwnym trafem, drugi kilometr wyszedł szybciej, niż planowałem, a dokładnie 3:37. Nie mam pojęcia czemu tak, ale czułem się dość dobrze. Może znów się podpaliłem, cóż nie wiem. Lecę dalej, tutaj nadeszło zwolnienie do 3:48, a to wszystko przez to, iż nie chciałem się zajechać wysokim tempem. Tak jak w półmaratonie Gdańskim potrafiłem kontrolować tempo, tak tutaj mi nie szło, a wszystko, że inaczej ustawiłem zegarek, chciałem sprawdzić nową funkcję. Jak widać, trzeba wrócić do ustawień standardowych, czyli czas dystans, a dokładnie do wyścigu.




Kolejny kilometr był znów wolniejszy od poprzedniego, nie szło, jak bym chciał, nie wiem jaka była tego przyczyna, ale co tam, biegnę. Jeszcze nie zdarzył mi się, bum Noe ukończył. Czas odcinka 3:53. Często jest tak, iż pierwszą połowę biegu biegnę szybciej, a kolejna część, to walka o jak najlepszy wynik. Piąty kilometr to czas 3:46, jak widać wszystko to bardzo nierówne i szarpane. Tutaj mogę mieć pretensje tylko do siebie. Może kiedyś będę biegał tak równo, jak pacemaker w półmaratonie, by na ostatnich kilometrach przyspieszyć i zawalczyć o złamanie 37 min. Przecież na początku tego roku byłem naprawdę blisko, zabrakło 32 s, by złamać tę barierę.


Mijam połowę dystansu, tłum ludzi dopinguje, pomimo złej pogody, jest ich naprawdę wielu. Biorę kubek z wodą, łyk nigdy nie zaszkodzi, resztą na siebie. Kilometr przebiegnięty w 3:42. Wszystko to tak dziwnie wygląda, jak patrzę na statystyki zegarka, zacząłem wolniej potem szybciej i można powiedzieć, że na zmianie tak było. Siódmy kilometr to ulica Świętojańska było dość pod górkę, co oduczyłem, a także było wietrznie i to w twarz, co nie pozwalało na uzyskanie dobrego czasu. Ten odcinek wypadł najgorzej, bo aż 4:06 s, tak słabo dawno nie biegłem i to w tym miejscu. Trzeba popracować nad siłą biegową. To u mnie kuleje.




Do mety zostało coraz bliżej, a ja dalej walczę z wiatrem, nie powiem, że było lekko, ale wszyscy, którzy biegli po 16 mieli jeszcze gorzej, deszcz, wiatr, a nawet śnieg na trasie. Dla mnie to oni są zwycięzcami. Ósmy kilometr to przyspieszenie i tempo 3:43, trochę żałuję, że nie utrzymałem takiego przez cały bieg, a na pewno bym zakręcił się w okolicach własnej życiówki. Przedostatni kilometr to bulwar nadmorski i walka z kałużami, już wtedy wiedziałem, że nie robię PB i odpuściłem. Za dużo straciłem na świętojańskiej, teraz tego żałuję, bo tak nie wyglądało to najgorzej. Dziesiąty kilometr teraz widzę ilu biegaczy chcę złamać barierę 38 min, nie wiem, co było ze mną, że i ja nie zawalczyłem, a miałem jeszcze siły, był spory zapas. Cóż tak w sporcie bywa, teraz jest czas na przemyślenia. Ostatni zryw ostatnie metry i mijam metę z czasem 38:13. Troszkę poniżej oczekiwań, ale to w końcu kolejny bieg z czasem poniżej 39 min. Dla mnie to znak, że jest forma. W tym sezonie już zrobiłem co miałem w planach.



Na koniec dwie ciekawe informacje. Tego dnia maiłem debiutantkę na tym dystansie, była to Katarzyna Wawerko, która nie celowała w jakiś wynik, a o to, by ukończyć bieg. Jak później się okazało, dała radę, niestraszne jej deszcz i wiatr, czas, jaki wykręciła to 1:19:35. Gratulacje dla mnie jesteś zwycięzcą. Kolejny był Andrzej Smętek, czas, w jakim dobiegł to 47:19. Czapki z głów dla tego gościa, jeszcze wiele wam pokaże i zamiesza w swojej kategorii.




0 wyświetleń

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie