II Rodzinny Bieg Studio S7 w Baninie

Cześć, dziś relacja z ostatniego biegu, który odbył się w sobotę. Był to start w zawodach na dystansie 10 km. Jako że byłem po całym tygodniu nocek w pracy, postanowiłem, że jednak przystąpię do zaplanowanych zmagań w Baninie. Z drugiej strony nie mogłem zawieść koleżanki, której obiecałem, że będę. Katarzyna debiutowała z mężem w zawodach na dystansie 5 km, dla mnie było to coś wspaniałego. Czułem szczęście, fajnie było, że wystartowali razem, tego się nie da opisać. Po powrocie z pracy do domu wypiłem kawę, która postawiła mnie na nogi. Miedzy czasie gdy gotowała się woda, spakowałem wszystkie potrzebne rzeczy. Kilka dni wcześniej wszedłem sprawdzić listę startową, by wiedzieć, z kim mi przyjdzie rywalizować. Było kilka znanych nazwisk. To zawodnicy, którzy biegają na moim poziomie i nawet szybciej. Cały czas w głowie miałem, że ten bieg może się udać i mogę zająć dość wysokie miejsce. W końcu udało mi się wyjść z domu, jako iż nie jestem kierowca i nie posiadam auta. Do Banina udałem się komunikacja miejska. Na całe szczęście autobus przyjechał na czas i nie było problemów z dojazdem. Po przyjeździe, w wyznaczone miejsce, spotkałem Katarzynę. Wymieniliśmy kilka zdań, a ja poszedłem odebrać numer startowy i chip. Jako że był to mniejszy bieg, nie było nic więcej (nie biegam dla pakietu) wystarczy mi numer, agrafki i chip, a no i woda na mecie. Jak coś dają dodatkowo to fajnie, jak nic nie ma, to zły nie jestem, wszystko zależy od budżetu organizatorów. Sobota to był dość chłodny dzień i cały czas wiało, przed biegiem nie miałem koncepcji jak się ubrać na te zawody. Widać po niektórych, że patrzą na mnie jak na szaleńca. Wybrałem krótką koszulkę (pierwotnie był plan na długą bluzę), a dół włożyłem legginsy, do tego rękawiczki i buff. Przed startem trenerzy ze studia w Baninie przeprowadzili rozgrzewkę, w której oczywiście uczestniczyłem. Po zakończeniu ustawiłem się na linii startu, jako że jestem dość doświadczony, stanąłem z przodu, by później nie przeciskać się między wolniejszymi i nie tracić cennych sekund.



W końcu wystrzał z kapiszona i zaczynamy biec. Pierwszy kilometr jak zawsze pokonałem za szybko 3:40 to czas, w jaki udało mi się go pokonać, widziałem, czołówka mi odjeżdża, ale ja postanowiłem zwolnic, gdyż wiedziałem, jak to się kończy. A jak wiadomo, chciałem dobrze wypaść, by sprawdzić swoją formę przed maratonem. Drugi kilometr to 3:49, a trzeci 4:03, ogólnie w planach miałem by biec cały czas średnio 3:50. Początek wyszedł obiecująco.

Czarty, piąty i szósty kilometr to tempo szybsze od poprzednich (3:47,3:51:3:51). Biegło mi się dobrze pomimo zimna i wiatru, nie przeszkadzało mi to, że wieje. Fajnie, że miałem rękawiczki, bo moje ręce szybciej marzną niż reszta organizmu. Tempo prawie takie jak zakładałem od początku, nie miałem większych problemów z oddychaniem, po prostu czułem komfort biegu. Na piątym kilometrze ktoś krzyknął, że jestem trzeci, (oczywiście nie było to prawdą) ja dalej biegłem swoje. Siódmy, ósmy, kilometr to zwolnienie nieco tempa, nie wiem czym, było to spowodowane, może pogoda dała mi się w kość, ale z drugiej strony lubię biegać jak jest chłodno. Miedzy czasy (3:57, 4:04). Przed sobą miałem jeszcze jednego zawodnika, Pod górkę udało mi się go dogonić (prawie, gdyż zabrakło 5 m) a później dystans do rywala mi uciekł. Widziałem, jak mi odchodzi, więc przestałe go gonić i utrzymywałem dobre tempo Dziewiąty kilometr to znów powrót do prawie zakładanego tempa (3:51). To znak, że zostało bardzo mało do mety. Ostatnie metry i meta, wpadam na nią zawsze pełen emocji i radości, cieszę się jak głupi. Szaleje ze szczęścia, gdyż znów udało mi się dokonać rzeczy niesamowitych. Dobry czas, dobre tempo to znak, że jest forma, a maraton coraz bliżej. Czas, z jakim ukończyłem ten dystans to 37:03, średnie tempo wyszło całkiem spoko 3:52, co jest gorszym tempem o 2 s, nieznacznie gorszym niż zakładałem. Nie ma co się dziwić i tak jestem szczęśliwy. Noc spędzona w pracy i do tego jeszcze dobry bieg czego chcieć więcej. Tak robią tylko szaleńcy.



Do trzeciego zawodnika zabrakło mi pół minuty, a nad piątym zawodnikiem miałem przewagę prawie półtorej minuty. Czwarte miejsce czuje niedosyt, myślałem, że nie ma kategorii wiekowych. A tu nagle dowiaduje się, iż są kategorie, tylko dla najlepszych pierwszych miejsc. przyszło szczęście, co tam czwarte miejsce, przed zawodami brałbym je w ciemno. Jest kolejny pucharek do kolekcji, szczęście nie znika z mojej twarzy. Czuje, że zasłużyłem na to swoja ciężką pracą. Na koniec jeszcze zdjęcie z debiutantką :P. To nie ja w sobotę byłem zwycięzca, tylko Katarzyna z mężem, brawa dla nich. Pokonali swoje pierwsze 5 km w zawodach z dobrymi czasami jak na pierwszy raz. Teraz będzie już tylko lepiej. Gratulacje dla was. Ta trasa nie maiła testu, co wyszło z GPS na moim zegarku 9.57 km. Mnie to nie przeszkadzało by się dobrze bawić. Był ogień i moc, a już niedługo 3 Maraton Gdańsk, oby moc była ze mną na całej trasie. Zapraszam was wszystkich do kibicowania co tylko może mi pomoc w uzyskaniu dobrego czasu. Fajnie będzie zobaczyć znajomą twarz na trasie. Wystarczy krzyknąć, Ogień Tomek!!!


0 wyświetleń

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie