Przeminęło z wiatrem czyli? Relacja 6 Gdańsk Maraton

Jeżeli śledziliście moje dotychczasowe zmagania, wiecie pewnie, że ostatni asfaltowy maraton pokonałem w 2019 r. w Berlinie z czasem 3:01:11, a moja życiówka na tym dystansie wynosiła 2:58:48 i udało mi się ją uzyskać w 2017 roku w Gdańsku. To bardzo odległe czasy. Gdy nastał okres pandemii, większość wielkich imprez została odwołana lub przeniesiona na inny termin, tak też było z Gdańskim maratonem. Niby trenowałem w zeszłym roku pod dystans królewski, ale czułem, że to nie jest to. W tym roku było zupełnie inaczej. Poprzedni sezon biegowy zakończyłem dość późno, bo aż w grudniu. Wziąłem wtedy udział w biegu mikołajkowym i już po nim obmyślałem plan, jak przygotować się pod maraton. Najpierw roztrenowanie, a później trzy miesiące solidnej pracy. Wydaje mi się, że to dobrze wykorzystany okres, bo w każdym z trzech miesięcy pokonałem ponad 400 km. Ale do rzeczy...

Cały tydzień przedstartowy to luźne bieganie, no prawie, bo przed docelową imprezą zaliczyłem start w parkrunie, wygrywając go. Większość z Was pewnie już by odpoczywała, a ja poleciałem go w trzecim zakresie. Tak, to było czyste szaleństwo, ale nie czułem, by to był mocny start. Po wszystkim poleciałem odebrać pakiet, a także miałem okazje pokibicować młodszym adeptom biegania. Później powrót do domu, obiad, pakowanie się na niedzielę i na koniec syta kolacja. Noc przed maratonem nie należała do najlepszych, nie czułem, że się wyspałem, zaliczyłem kilka przebudzeń w nocy. Poranek, zacząłem od spaceru z psem, śniadania (2 kanapki z szynką, jedna z miodem, do tego kawa) no i obowiązkowo poranna toaleta. Na start pojechaliśmy komunikacją miejską, wiedziałem, że będzie ciężko z parkingiem. W głowie miałem dwie opcje na ten bieg albo pobiegnę na czas 2:50, albo 2:55. Silny wiatr zweryfikował wszystkie moje plany. Dodatkowo pech chciał, że zgubiłem moje rozpiski międzyczasami. Na szczęście na chwilę przed startem jakimś cudem udało mi się zdobyć długopis i na potwierdzaniu zapłaty rozpisałem sobie na szybko czasy na 2:55.

Taki obrałem cel. Przebrałem się moją w ulubioną koszulkę, krótkie spodenki, do tego buff i rękawiczki. Buty jakie wybrałem to Nike Pegazus 36. Nie było źle, miałem jeszcze trochę czasu. Mogłem spokojnie wybrać się na swoją rozgrzewkę, była krótka, ale dynamiczna. Zaliczyłem jeszcze dwa razy toaletę i ustawiłem się na linii startu, gdzieś w czwartym, piątym rzędzie. Zniecierpliwiony czekałem i miałem gonitwę myśli, czy wiatr mnie pokona, a może ja nie jestem gotowy? Eh ta głowa... ale koniec tego myślenia, słyszę odliczanie i ruszam w trasę. Zacząłem dość spokojnie. Pierwszy kilometr wyszedł 4:02, za to kolejny już 4:09, czyli w tempie docelowym. Biegłem w większej grupie, co, nie ukrywam, miało spore znaczenie przy tak wietrznej pogodzie.

Pierwszy punkt odżywczy. Nie miałem strategii związanej z piciem i jedzeniem. Postanowiłem, że będę starał się nawadniać i wypić chociaż łyk wody na każdym punkcie. Biegnę dalej. Wbiegamy do tunelu pod Martwą Wisłą, jest jakby przyjemniej, bo nie wieje, ale za to są zbiegi i podbiegi. Szło całkiem dobrze. Byłem prawie pewien, że w tunelu zgubię Gps-a, ale nic takiego się nie wydarzyło. Wiedząc, że może tak być, kontrolowałem czas co 5 kilometrów, nie skupiałem się na kilometrowych odcinkach. Pierwszą piątkę pokonałem w coś około 20 min 24 s, ale w relacji będę opisywał Wam czasy z pomiaru od organizatora. Lecę dalej, na końcu nawrotka i punkt odżywczy i kontrolny na 7,5 kilometrze. Wziąłem łyk wody, resztę wylałem na siebie. Międzyczas – 29.09. Czuć było lekkie przyspieszenie, ale wszystko w granicach rozsądku. Tutaj trzymał się obok mnie Majkel, ale później niestety został gdzieś z tyłu. To chyba nie był Jego dzień na łamanie 3h, a dodatkowo pogoda na pewno nam nie ułatwiała sprawy. Lecimy dalej. Kolejny raz tunel, biegło się naprawdę fajnie, chwila wytchnienia od tego makabrycznego wiatru. Tylko te podbiegi... jak ja je „kocham”, ale... poszło znośnie. Wybiegając z tunelu pokonałem lekki podbieg, zakręt w Marynarki Polskiej i zbliżałem się do kolejnego wodopoju, usytuowanego na 12,5 km. Organizatorzy zadbali o sporo punktów odżywczych na trasie. Widząc przed sobą wolontariuszy wciągnąłem żela, a potem popiłem wodą. Międzyczas – 50 min 41 s. Tempo – 4:03. Dużo szybciej niż zakładałem, ale czułem się dobrze. Na kryzys było za wcześnie, chociaż wiedziałem, że za chwile czeka mnie kolejny podbieg – wiadukt na Klinicznej. Delikatnie zwolniłem, ale potem mogłem nadrobić stracone sekundy. Lecę. Minąłem pierwszy punkt z kibicami, była to jakaś szkoła, teraz nie pamiętam numeru, bo tak bardzo zależało mi na wyniku. W ręku cały czas trzymałem kartę z międzyczasami. Gdy mijałem poprzednie punkty, widziałem zapas. To już 15 km, łyk wody, kontrola czasu i spokojnie można lecieć przez Aleję Zwycięstwa i Grunwaldzką. Czas, jaki pokazywał zegarek to 1:00:37, tempo 4:02, dalej według założeń. Teraz czekała mnie długa prosta, ciągnęła się prawie do samego Sopotu i przez cały czas było lekko pod górę. Trzymałem stałe w miarę równe tempo poniżej 4:09, bo przecież zacierałem ręce na czas poniżej 2:55. Byłem bardzo skupiony na tym celu, ale wiedziałem, że jeszcze sporo przede mną. Kolejny punk odżywczy był na 20 kilometrze, łyk wody i spokojnie można było lecieć dalej. Międzyczas – 1:21:24 (tempo 4:04). Nie miałem żadnych kryzysów, jeszcze było na to za wcześnie, chociaż ten wiatr bardzo mnie wkurzał, zresztą pewnie tak jak innych. Nie mieliśmy na to wpływu. Pogody się nie wybiera, albo jest się gotowym albo nie. Ja naprawdę czułem tego dnia, że jestem gotowy na fajny wynik. Połówkę pokonałem w 1:25:59. Cieszyłem się, bo to dość szybko.

Przed 25 kilometrem wciągnąłem drugiego żela z kofeiną i popiłem wodą. Sprawdziłem międzyczas, noga dobrze kręciła. Było nieźle – 1:42:02 (tempo 4:05). Tempo delikatnie spadło, ale nie było tragedii. Przed zakrętem w Drogę Zieloną dogoniłem Łukasza Stacherskiego. Widziałem, że łapał się za udo, chyba dopadł Go kryzys. Pamiętam, że mówiłem do Niego, zęby może pobiegł moim tempem, że polecimy razem zawsze to raźniej. Na niewiele zdały się moje słowa, Łukasz został w tyle, a ja leciałem dalej po swoje, po mój wymarzony wynik. Minąłem kolejną grupę kibiców. To mega fajne uczucie, gdy ktoś krzyknie „kibicuje panu Tomaszowi” (tak mam imię na koszulce :D). Kibice naprawdę potrafią dodać sił do dalszej walki. Chwała Wam za to! Dobra, lecimy dalej. Ulica Gospody. Lekko w dół, wiatr jakby mnie pchał i to było fajne, siły były, tempo dobre, cały czas poniżej 4:09. Jest kolejny checkpoint na 30 kilometrze. Biorę łyk wody, a zegarek pokazuje 2:02:40. W dalszym ciągu, było szybciej niż zakładałem (tempo 4:05). Teraz zbliżałem się do najgorszego. Do nawrotki na Alei Rzeczpospolitej, a także do wiatru prosto w twarz. Wiedziałem, że lekko nie będzie, ale miałem wsparcie w postaci żony, która czekała na swoją zmianę w ramach sztafety. Byli tam też Arek i Iwona. Przy okazji zbiłem piątkę z Patrykiem, też czekał na trzeciego uczestnika swojej sztafety. To dodało mi otuchy przed najtrudniejszą częścią maratonu. Niestety w pewnym momencie, zacząłem już mówić do siebie i przeklinać, tak rozwścieczył mnie ten wiatr. Czułem, że stoję w miejscu, a może tylko mi się tak wydawało. Frustracja poziom hard. Tempo delikatnie spadło, ale nie na tyle, by było tragicznie. Zaraz zbliżał się kolejny punk kontrolny usytuowany na 35 kilometrze. Tutaj zegarek pokazał 2:23:38, średnie tempo – 4:06. Złapałem ostatniego żela, tak na wszelki wypadek, by nie złapać kryzysu. Na ostatniej prostej mogło się zdarzyć wszystko. Jedna myśl – oby nie zabrało paliwa. Zakręt w ulice Pomorską i pozostała już tylko pętla po parku Reagana. Co jakiś czas zmieniała się nawierzchnia, z szutrowej na chodnik, nie przepadam za tym, ale grunt to dotrwać do mety. Przed 39 kilometrem kolejny punkt z kibicami, który dodał mi dużo pozytywnej energii. Jak dla mnie to była najlepsza strefa kibica na całej trasie. Zaraz zbliżałem się do kolejnego pomiaru czasu, zegarek pokazał 2:44:46, tempo 4:07. Łyk wody i pozostały ostanie 2 kilometry. Gdy wbiegłem na przedostatnią prostą na deptaku usłyszałem głos. Wyobraźcie sobie, że stali tam ludzie, którym dzień wcześniej przypadkowo pomogłem w komunikacji miejskiej. Obiecali, że będą mi kibicować i dotrzymali słowa. To niby tak niewiele, ale dla mnie miało to ogromne znaczenie. Rozwaliło mnie to. Dzięki za miłe słowa i super doping na przedostaniach kilometrach.



Dalej lecę już jak na skrzydłach. Zaraz ostatni zakręt i zbliżam się do czerwonej bramy z magicznymi cyferkami. Jeszcze chwila.. coraz więcej kibiców, zostało ostanie 200 m. Cała naprzód i wpadam na dywan, przekraczając linie mety. Zegar zatrzymał się na 2:54:29. Udało się! Poprawiłem swoją życiówkę o ponad 4 min. Padłem na kolana! Nie ze zmęczenia, ale ze szczęścia! Mam to! Aaaaaa mam to!



Jeszcze złapał mnie spiker, Tomasz z Radia Gdańsk. Poprosił o kilka słów o moim biegu. Pamiętam to dobrze hehe, powiedziałem, że do normalnych to my nie należymy, ale to był świetny bieg. Dostałem upragniony medal i poszedłem do depozytu, odebrałem rzeczy, zaliczyłem prysznic, a później masaż. Przyszła pora uzupełnić kalorie. Makaron z mięsem i z grzybami smakował wyśmienicie. Pozostało mi kibicować innym, a także wspierać żonę na ostatnich metrach. Śledziłem Ją na sts-timing.pl. Niestety kropka mnie zmyliła i nie udało mi się Jej złapać, jak wpada na metę. Spotkaliśmy się już za linią mety. Widać było, że jest bardzo szczęśliwa. Jak się później okazało, wykręciła swój najlepszy czas na dystansie 10 kilometrów. Zajęło jej to 55 min, po prostu sztos!



Po wszystkim jak zawsze pełni emocji jeszcze zostajemy, rozmawiamy ze znajomymi. Byliśmy też ciekawi, jak poszło Joannie, która wróciła do gry po małej przerwie, trzymaliśmy za Nią mocno kciuki. To naprawdę silna babka i należy Jej się szacunek. Udało nam się Ją i Andrzeja znaleźć w tym tłumie, uściskać i pogratulować. To był bardzo dobry dzień. Kolejny bieg już niebawem, Ja poprowadzę jako zając na 1:30 podczas półmaratonu w Grudziądzu, a Ewa powalczy o fajny wynik. Do zobaczenia na biegowych ścieżkach! Dziękuje wszystkim za ciepłe słowa i doping.


10 kwietnia wiało niemiłosiernie, ale prawdziwego wiatru w żagle dodajecie Wy!


Foto AK-ska Foto

187 wyświetleń

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Maraton już prawie za rogiem, w tym tygodniu jeszcze nieco mocniej, ale zaraz będę luzował. Poniedziałek: Za wiele się nie wydarzyło po prostu pierwszy zakres,15 km, chociaż tempo było wolniejsze niż